Wspomnienie pani Wiesławy Horst

22

WRZ

Jubileuszowe obchody "TRÓJKI" są okazją do zadumy, spojrzenia w odległą przeszłość - przeszłość z perspektywy półwiecza.

Aż prosi się, by zacząć je baśniowo: "Dawno, dawno temu..." w 1960 roku w myśl hasła "Tysiąc szkół na tysiąclecie" wybudowano szkołę w rejonie Steblowa. Nowy budynek budził zazdrość, bo w okolicy takiego nie było! Sale lekcyjne słoneczne, jasne, pięknie umeblowane, podłogi wyłożone lśniącym parkietem, gabinety (biologiczny, fizyczno-chemiczny, geograficzny, do zajęć praktyczno-technicznych, osobno dla dziewcząt i chłopców) wyposażone w nowoczesny, jak na tamte czasy sprzęt i zgrabne stoliki z krzesełkami. W salach lekcyjnych nadal królowały ławki szkolne z otworami na kałamarze, wyżłobienia na stalówki i ołówki, schowki na książki i zeszyty, drewniane piórniki. Pisało się wtedy piórami na stalówki i uczyło kaligrafii.

Czy jeszcze ktoś to pamięta? Ja tak, bo w tym czasie rozpoczynałam właśnie w tej placówce swą pracę zawodową. Aż do emerytury "trójeczki" nie opuściłam - dobrze mi tu było przez 34 lata. Zdyscyplinowani uczniowie, przychylni nauczycielom rodzice, zżyte z sobą grono pedagogiczne, przyjaźni kolejni kierownicy, kompetentni późniejsi dyrektorzy, ludzcy, świetni organizatorzy - praca w takim towarzystwie mogła być tylko przyjemnością, dawała satysfakcję i zadowolenie.

Nie sposób w krótkich słowach przelać na papier tego, co przeżyło się w murach tej szkoły przez pięćdziesiąt lat. Są jednak postaci i zdarzenia, o których nie sposób zapomnieć. Wielu z nich odeszło na zawsze.

Wielką indywidualnością był Władysław Mikołajewicz - pierwszy, który kierował szkołą. Pochodził ze Wschodu, był żołnierzem, który przeszedł cały szlak bojowy - od Bugu, aż po Berlin. Wpajał nam młodym nauczycielom, że praca nauczycielska to nie zawód, a posłannictwo, a szkoła służyć musi przede wszystkim dzieciom i społeczeństwu.

Ciekawą osobowością była też pierwsza bibliotekarka szkolna, pani Stefania Klemke. Nie przeszła obojętnie obok zgubionej przez roztargnionego malucha kanapki - podnosiła ją, całowała i opowiadała o tym, jaką wartość posiadał chleb w obozie koncentracyjnym dla ludzi umierających z głodu. Sama przeżyła piekło okupacyjnej zagłady w Stutthof, była więc świadkiem tego, co działo się w obozach śmierci. Jej opowieści na spotkaniach z uczniami przestrzegały przed okrucieństwami wojny. Często organizowała lekcje biblioteczne połączone z konkursami literackimi, recytatorskimi, przybliżając uczniom sylwetki pisarzy. Do pracy w bibliotece potrafiła zachęcić wielu wychowanków. Największym wydarzeniem za czasów pani Stefanii była wystawa czytelnicza zorganizowana w 1967 r. dla uczczenia Marii Curie-Skłodowskiej z okazji stulecia jej urodzin. Dzięki znajomości kilku języków - francuskiego, angielskiego i niemieckiego - i siły przebicia, udało się pani bibliotekarce zebrać unikalne fotosy, artykuły dotyczące pracy i życia tej wielkiej noblistki. A już prawdziwą ucztą duchową było słuchanie opowieści przewodniczki tej wystawy, właśnie pani Klemkowej. Relacjonując, potrafiła wytworzyć taki nastrój, że młode dziecięce umysły chłonęły wszystko z ogromnym zainteresowaniem. Wystawę zwiedzała również młodzież z okolicznych szkół. Wzbudziła także zainteresowanie prasy.

Czas nie zatrze pamięci tych, którzy od nas ostatnio odeszli na zawsze. Niedawno pożegnaliśmy panią Kazimierę Loosę, polonistkę, żonę wieloletniego wicedyrektora "trójki" - człowieka cichego, skromnego, bardzo pracowitego. Pani Kazimiera była silną osobowością, głęboko pielęgnującą tradycje rodzinne. Spędziłam z nią wiele godzin w jej wspaniałym ogrodzie. Miałam wtedy okazję poznać, jakim była ciepłym człowiekiem i jak potrafiła czerpać z ludowej mądrości, by ocenić niektóre sytuacje życiowe znanymi jej przysłowiami i porzekadłami. Pamiętała wszystkich swoich wychowanków, żywo interesowała się ich losami. Z moją córką Małgosią potrafiły zawsze znaleźć ciekawe tematy do rozmów - od spraw rodzinnych, zawodowych, na robótkach ręcznych, których była mistrzynią skończywszy.

Brakuje mi także mej przyjaciółki - Romualdy Buryan, osoby bardzo wrażliwej, z którą razem organizowałyśmy liczne konkursy polonistyczne, recytatorskie, wieczorki literackie.

Na lublinieckich cmentarzach jest też już zbyt wielu młodych ludzi - moich uczniów, wspaniałych chłopców i dziewcząt. Spoczywają w pokoju, ale moja pamięć o nich jest wciąż żywa.

Ja jednak trwam, pamiętam, wspominam i w dodatku cały czas mogę uczestniczyć w życiu mojej szkoły. Jestem systematycznie zapraszana na szkolne uroczystości, z których Dzień Edukacji Narodowej i Jasełka należą do najciekawszych. Wtedy też mam możliwość bezpośredniego spotkania z młodzieżą szkolną. Jest taka sama jak w czasach mojej aktywności zawodowej - rozgadana, żywiołowa, pełna entuzjazmu. Bije z niej spontaniczność. Gdy śpiewa, huczy cała szkoła - to zawsze wzrusza. Wydaje mi się wtedy, że dzwonek, który się rozlegnie i mnie wezwie na lekcję.

Bardzo lubiłam swoją pracę. Lekcje języka polskiego nie pozwalały mi na rutynowe działania. Praca z każdą grupą uczniów nad analizą utworu literackiego była inna, niepowtarzalna. Ilu uczniów, tyle interpretacji, tyle odczuć. Zawsze brakowało czasu na zajęciach, by jeszcze coś ciekawego dodać, dopisać, wyjaśnić, omówić. Mimo rygorystycznego programu nauczania obowiązującego w czasach PRL-u, mogłam bez problemów dokonywać doboru takiego zestawu utworów naszych klasyków, które ukazywały piękno przyrody ojczystej i ludzkiej duszy.

Szkolne życie było i jest na ogół radosne, burzliwe, ale i pełne niepokoju.

Pamiętam, jak w pierwszych latach (był chyba rok 1967/68) omal nie doszło do katastrofy budowlanej. W jednej z klas na parterze oderwał się kawał sufitu i spadł tuż przed siedzącym w ławce pierwszakiem. Szczęściem, skończyło się na lekkich obrażeniach ucznia i wielkim strachu reszty uczniów. Na kilka dni zawieszono wszystkie zajęcia, a specjalna ekipa sprawdzała stan techniczny sufitów w całej szkole, by wyeliminować niebezpieczeństwo na przyszłość.

Pamiętam także pierwsze lodowisko szkolne, jakie powstało na płycie dziedzińca szkolnego. Ówczesny nauczyciel wychowania fizycznego p. Gerard Koenig spał w szkole, by późnymi wieczorami i wczesnymi rankami polewać wodą przygotowaną taflę lodową. Pomagali mu wszyscy - uczniowie, nauczyciele, rodzice. Ówczesna zima była długa i mroźna, więc inicjatywa spotkała się z wielkim poparciem, a powstałe lodowisko umilało wolny czas uczniom i okolicznym mieszkańcom.

Wielką popularność zyskały spontanicznie organizowane rozgrywki w piłkę siatkową pomiędzy drużyną nauczycieli i uczniów - na boisku panował wówczas doping, niemal dorównujący dzisiejszym rozgrywkom ligowym.

Dziś szkoła pielęgnuje dobre tradycje, rozwija umysły, rozbudza wyobraźnię, kształtuje dziecięce osobowości. Szkolne pożegnania absolwentów kończyły się za moich czasów wspólnym polonezem wokół szkoły. Łzy rozstania zapewniały, że nigdy nie zapomnimy - uczniowie nauczycieli, nauczyciele uczniów.

Cieszy mnie, że "trójka" nadal tętni życiem, że doczekała takiego jubileuszu. Dobrze by było, żeby uczcić go czymś trwałym, na miarę XXI wieku, na przykład wybudowaniem nowoczesnej sali gimnastycznej. To bardzo pilne. Przypomnę, że dla uczczenia 25-lecia szkoły, ówczesny dyrektor - Jan Samek, wykonał bezinteresownie malowidło ścienne. Podziwiać je można, wchodząc po schodach na pierwsze piętro. To Pomnik Bohaterów Westerplatte - patronów szkoły.

Niech ten symbol zawsze przypomina uczącym się i pracującym w tej placówce, że tu jest ich mała ojczyzna, i że trzeba jej służyć całym sercem.

Wiesława Horst

Lubliniec, IX 2010

Opublikował/a: Administrator
Kategoria: Wspomnienia
Dodano: Wtorek 22 września 2015 22:24:34
drukuj
Posiadamy certyfikaty: