Wspomnienie pani Marii Szczesnej

22

WRZ

Czy można zapomnieć?

Przez prawie 15 lat próbowaliśmy zapomnieć tragiczne skutki gehenny wojennej. Następowała powolna stabilizacja we wszystkich dziedzinach życia wraz ze stopniowym przystosowywaniem się do nowego ustroju, w którym przyszło nam żyć. Wkrótce pojawił się też wyż demograficzny. Władze samorządowe myślały już o odpowiednim miejscu dla nowej placówki oświatowej. Dwie lublinieckie szkoły podstawowe pękały w szwach, więc nowa szkoła musiała powstać w szybkim czasie. Miejsce znalazło się tuż przed przejazdem kolejowym na Steblowie. Rozpoczęły się pertraktacje między władzami lokalnymi i kościelnymi w kwestii przeniesienia z tej już upatrzonej parceli stojącego tam od lat krzyża. Mimo protestów mieszkańców Lublińca i Steblowa władze kościelne musiały ustąpić. Po uroczystych nabożeństwach przebłagalno-ekspiacyjnych w godny sposób przeniesiono krzyż do ogrodu posesji zajmowanej przez Siostry Służebniczki przy tej samej ulicy.

Szkołę wybudowano dosyć szybko, więc już 1 września 1960 roku mogła otworzyć swoje podwoje. Zaczęłam w niej pracować już rok później, a dziś wciąż mam okazję spoglądać na nią każdego dnia i wspominać to, co kiedyś mnie z nią łączyło...
Z mojego 37-letniego stażu pracy nauczycielskiej, prawie 13 lat spędziłam w murach tej szkoły poświęcając się uczniom, przede wszystkim młodszym, bo z klas I-III.

Nowa szkoła od samego początku nie funkcjonowała prawidłowo. Okazało się bowiem, że jest w niej bardzo mało miejsca do nauki. Zbyt mała liczba sal lekcyjnych i sal-gabinetów przedmiotowych (8 + 4) zmusiła kierownictwo placówki do zorganizowania pracy na dwie zmiany. Klasy I-III rozpoczynały zajęcia dopiero o godzinie 12.30 (do mojego odejścia z pracy w 1971 r. nie nastąpiła żadna zmiana). Tym samym nauka wydłużyła się do godz. 16.30. Takie organizowanie zajęć, według mojej opinii, okazało się dosyć niefortunne, bo młodsze dzieci przychodziły na południowe zajęcia już mocno znużone, na co wpływało wiele czynników - pomoc rodzicom w pracach domowych, robienie zakupów, zabawy podwórkowe itp., co niewątpliwie negatywnie wpływało na naukę i skupienie uwagi na lekcjach. Chcę podkreślić, że w tych latach klasy były mocno przeładowane, liczyły od 35 do 45 uczniów. Ta liczebność bardzo źle odbijała się, zarówno na osiąganiu dobrych wyników przez dzieci, jak i kondycji psychofizycznej nauczycieli. Najtrudniej było zapanować nad uczniami podczas lekcji wychowania fizycznego. Sala gimnastyczna był bardzo rzadko dostępna dla klas młodszych, ponieważ klasy starsze z reguły były w tej kwestii uprzywilejowane. Do naszej dyspozycji pozostawał więc wyłącznie długi korytarz zimą i jesienią, a wiosną szkolne podwórko pokryte żużlem.

Trzeba też wspomnieć, że młodsze klasy bardzo mocno odczuwały brak koniecznych do nauki pomocy naukowych. Jeszcze dziś mam przed oczami scenę, jak dzieci męczyły się przy przenoszeniu dużego drewnianego liczydła z jednej klasy do drugiej (choć robiły to bez przymusu). Permanentny brak pomocy zmuszał nauczycieli do wykonywania niektórych we własnym zakresie, jednak z każdym rokiem sytuacja w tej materii ulegała poprawie. Mimo takich niedogodności, od samego początku praca dawała mi niezbędną satysfakcję i radość.

Wystrój klas - w porównaniu do dzisiejszych czasów - był bardzo ubogi i skromny - jedna szafa, ruchome tablice, ławki, krzesła i stolik. Na domiar tego klasy lekcyjne od strony południowej były wystawione na żar słońca, co było bardzo męczące. Szkoła w tym czasie była prawie całkowicie pozbawiona ukwiecenia. Przykro nam było patrzeć na długie i puste parapety, więc ten stan trzeba było szybko zmienić. Nauczycielska i uczniowska mobilizacja przyniosła oczekiwany efekt, nasz wzrok wkrótce mógł spocząć na ukwieconych parapetach klas i korytarzy. Często zdarzało się, że uczniowie dobrowolnie przynosili kwiaty doniczkowe z domu, i o dziwo, przez długie lata nie były one niszczone przez niesforne dzieci. Mało tego, były przez nie pielęgnowane, w wakacje zaś podlewaniem roślin zajmowały się panie sprzątaczki.

Patrząc z perspektywy lat chciałabym także wspomnieć o niby błahym problemie przejścia od posługiwania się ołówkiem do operowania obsadką ze stalówką i atramentem. Każdy nauczyciel nauczania początkowego miał prawo wyboru odpowiedniej techniki podczas nauki pisania. Łatwiej było pisać ołówkiem, bo był lżejszy i można było wygumować błędny zapis, na co nie pozwalała obsadka z piórem atramentowym. Osobiście wybierałam wariant trudniejszy, a uczniowie, po wielokrotnych próbach byli zadowoleni. Po jakimś czasie również konieczność używania bibuły stała się znośna. Wkrótce też dzieci wiedziały, w jakim celu ławka posiada otwór na kałamarz, łącznie z atramentem, który był wydawany w litrowych butelkach przez pana woźnego. Parokrotnie widziałam w oczach dzieci drobne łezki i lekkie zażenowanie na widok zrobionego kleksa, którego nie można było zlikwidować żadną gumką.

Pragnę jeszcze nadmienić, że zgodziłam się na prowadzenie SKO (Szkolna Kasa Oszczędności). Zrobiłam to ze świadomością, że nawyk oszczędzania powinien być wyrobiony u każdego człowieka, nawet już tego najmłodszego. Codzienne liczenie uzbieranych groszy było bardzo pracochłonne i męczące, ale wyniki tej pracy były za to bardzo zadowalające, jak i dla mnie, tak i dla szkoły oraz Banku PKO. Zaznaczam, że pracę tę wykonywałam całkowicie nieodpłatnie.

Dodatkową wielką przyjemność i satysfakcję dawały mi inne zajęcia pozalekcyjne. Jako koordynatorka takich prac, z mianowania ówczesnego Inspektoratu Oświaty, musiałam się mocno zaangażować w przygotowywanie materiałów do wyjątkowo licznych oraz różnorodnych szkolnych akademii. W tej pracy chętnie pomagało mi całe grono nauczycielskie, któremu teraz jeszcze raz pragnę za to podziękować. Przez kilka lat byłam zauroczona występami szkolnego chóru pod kierownictwem nieżyjącego już muzyka-amatora Sylwestra Grześkowiaka. Pracowałam też w świetlicy szkolnej, w której musiałam zatroszczyć się o dzieci i zapewnić im przyjemne spędzanie wolnego czasu przed lub po nauce, pomóc im w odrabianiu lekcji oraz przygotować materiały do uczniowskich wystaw, przygotować projekcję filmów itp.

Jako była nauczycielka wychowania plastycznego wspominam z odrobiną melancholii częste, bo organizowane prawie co miesiąc wystawy prac uczniowskich. Na specjalnej tablicy umieszczonej na korytarzu uczniowie klas starszych eksponowali własną twórczość. Do dziś jestem w posiadaniu prac wyróżniających się formą treści oraz techniką wykonania. Ta metoda pracy okazała się bardzo trafna i stała się okazją do specjalnego wyróżnienia i satysfakcją dla dzieci. Muszę przyznać, że uczniowie, mimo trudności z dostępnością na rynku odpowiednich materiałów, nie ociągali się z przynoszeniem ich na lekcje. Prawie nigdy nie spotkałam się z oburzeniem ze strony wychowanków, co mnie bardzo cieszyło. Jeszcze bardziej byłam zadowolona z ich pięknych prac, w których wykonanie włożyli dużo trudu i osobistego talentu.

Dzisiaj, po wielu już latach, jestem osobą starszą i schorowaną, ale mam i nadal czuję w sobie ten niepowtarzalny klimat zauroczenia dziećmi i przebywania wśród nich. Zawsze były zdyscyplinowane, a ja starałam się najlepiej jak potrafię pomagać im odnaleźć się w nowym środowisku, w szkole, w której nie ma rodziców i musi ich zastąpić nauczyciel-wychowawca. Jak wspaniale czuje się on sam, gdy zauważa w małym człowieczku swojego partnera, którego trzeba traktować z należytym szacunkiem i życzliwością. Do dziś śledzę wybory i drogi życiowe moich byłych wychowanków. Są wśród nich przedsiębiorcy, właściciele wielkich firm, lekarze, księża. Nigdy nie byli i nie są mi obojętni. Szkoda tylko, że niektórzy z nich już nas przedwcześnie opuścili. Trzeba o nich pamiętać, chociażby dlatego, że tkwiła w nich cząstka naszej nauczycielskiej osobowości.

Mimo, że jestem już na emeryturze, mam nadal osoby mi życzliwe, które mnie jeszcze pamiętają i odwiedzają. Są wśród nich Koleżanki z ówczesnego Grona Nauczycielskiego z tamtych, minionych już lat. Życie nasze wymusza rotację. W latach 1961-1971 przeciętnie, przy 16 oddziałach, zatrudnionych było ok. 25 nauczycieli różnej specjalności i o różnym stopniu wykształcenia. Prawie wszyscy wykazywali chęci i ambicję podwyższania własnych kwalifikacji, co też, ku własnemu zadowoleniu i władz szkolnych, szybko uzyskiwali.

Wciąż pamiętam pierwszego kierownika i dyrektora Szkoły Podstawowej nr 3 śp. Władysława Mikołajewicza i jego małżonkę, Marię. Należał On do czołówki kadry kierowniczej w całym powiecie. Dał się poznać jako człowiek wymagający, ale życzliwy, nie rządził żelazną ręką, ale stanowczością i nieprzeciętną pracowitością (był na terenie szkoły nawet w godzinach wieczornych i nocnych). Wszędzie cieszył się zasłużonym autorytetem, co znajdowało także odzwierciedlenie wśród opinii członków grona pedagogicznego. Nie pamiętam z tego okresu żadnych utarczek, pomawiania, szargania dobrego imienia szkoły, w której zawsze panował ład, porządek i dyscyplina.

Pragnę jeszcze wspomnieć, że w tej szkole czułam się bardzo dobrze, aczkolwiek wymagania były zawsze wysokie, lecz niezbędne. Dotyczyły one szczególnie bezpieczeństwa uczniów, jak i całego personelu. Bardzo niewdzięczne, ale konieczne były nauczycielskie dyżury podczas wszystkich przerw wewnątrz budynku oraz na boisku. Przy niesprzyjających warunkach atmosferycznych trudno było się poruszać uczniom "po owalu" na długich korytarzach szkolnych. Mimo poszukiwań, nie znaleziono na terenie szkoły innego, bardziej humanitarnego i bezpiecznego sposobu na spędzanie przerw. Nie pamiętam żadnego groźnego wypadku, ale ja sama miałam pecha, bo złamałam rękę na chodniku przy murze szkolnym. Przewróciłam się na resztkach zimowego lodu w marcu 1968 roku.

Doraźne i drobne skaleczenia, najczęściej naskórka kolan, były natychmiast opatrywane, bo na terenie szkoły znakomicie działał gabinet lekarsko-dentystyczny. Z takimi przypadkami bardzo dobrze radziła sobie pielęgniarka, śp. Elżbieta Klimont. Zawsze była gotowa do współpracy z nauczycielami pomagając im w utrzymaniu czystości uczniów.

Bardzo bliska była mi też biblioteka szkolna, której księgozbiór wymagał (pod moim okiem) zmiany okładek ochronnych. Ten drobny gest był dobrze oceniony przez śp. Stefanię Klemke, opiekunkę biblioteki, która jednocześnie była byłą więźniarką obozu koncentracyjnego. Dzieci młodszych klas chętnie korzystały ze stosunkowo bogatego działu księgozbioru, który był przeznaczony specjalnie dla nich.

Z perspektywy tych lat, a jest ich już prawie 40, stwierdzam, że atmosfera w Szkole Podstawowej nr 3 w Lublińcu była zawsze przyjemna. Przez pierwsze dziesięciolecie pracowali m.in. śp. Stefania Jurewicz, śp. Witold Klimanek, śp. Romualda Buryan, Janina Jelonek, Wiesława Horst, Wanda Knieska-Kozioł, państwo Hildegarda i Zygmunt Bagińscy, Jerzy Bajer, Krystyna Kazek, Norbert Furman, Lidia Sobczyńska-Nocuń, Irena Dragon, Gerard König, Barbara Breitling i Janina Tomal. Przez kilka lat pracował też śp. Augustyn Demarczyk, były z-ca dyrektora LO, zacny i ceniony nauczyciel oraz jego córka, Jadwiga Demarczyk-Hałupka, a także Janina Kaczorowska.

Wspomnianą już wyżej wspaniałą atmosferę, jaka panowała w naszej szkole potwierdzają odwiedzające mnie panie, wśród nich z należytym szacunkiem wymienię: Wiesławę Horst z córką Małgorzatą, niegdyś moją uczennicą w klasach I-III, a obecnie energiczną nauczycielką w Kochcicach. Często goszczę panią Janinę Kaczorowską, Ludmiłę Gołeczka-Witek, Irenę Dragon, Brygidę Franek-Zmarlak, Teresę Bogacką-Mróz oraz Krystynę Kazek.

Bardzo się cieszę, że podczas pobytu w tej szkole poznałam tak dużo osób bardzo odpowiedzialnie podchodzących do swoich nauczycielskich obowiązków, przy tym życzliwych, wzajemnie się szanujących i wykazujących nieustanną troskę o dobre imię szkoły, własny warsztat pracy oraz innych ludzi i współpracowników.

Szkołę Podstawową nr 3 opuściłam 30. września 1971 roku po podjęciu pracy w dziale kadr w Inspektoracie Oświaty. Wróciłam jednak do Trójki jeszcze dwukrotnie. Będąc już na zasłużonej emeryturze trafiałam do biblioteki szkolnej kierowanej przez śp. Helenę Pyka (1985 r.) oraz jako nauczycielka języka niemieckiego w 1990 roku. Również te okresy wspominam ciepło i miło, chociaż na stanowisku dyrektorów były już inne osoby.

Dzisiaj moim jedynym pragnieniem jest, aby móc jeszcze przez kilka lat żyć głęboko utrwalonymi, pięknymi i autentycznymi przeżyciami oraz wspomnieniami z tak odległej w latach, a dla mnie bardzo niedawnej przeszłości...

Maria Szczesna

Lubliniec, 2010

Opublikował/a: Administrator
Kategoria: Wspomnienia
Dodano: Wtorek 22 września 2015 22:24:23
drukuj
Posiadamy certyfikaty: